Nie ma błyskotliwości Arjena Robbena, nie ma piłkarskiego geniuszu cechującego niedawno Francka Ribery’ego, którego i tak zabraknie w finale Ligi Mistrzów. Ale Ivica Olić robi w Bayernie Monachium karierę niczym milioner, który zaczynał od pucybuta.
Gdyby finał Ligi Mistrzów rozgrywano kilka miesięcy temu i miałoby w nim zabraknąć Ribery’ego, w Bawarii ta absencja byłaby tematem niepodważalnie najważniejszym. Teraz to, iż Francuz w finale nie zagra – po karze za czerwoną kartkę – stało się w środę już sprawą drugorzędną. Ribery jest w cieniu Olicia. Robben mówi o chorwackim napastniku, że ten w meczach daje z siebie więcej niż sto procent, a partnerzy z drużyny czasami aż muszą namawiać go, by zwolnił tempo akcji. Szczególnie w końcówce, bo trudno go dogonić nawet innym monachijczykom. Ataki stają się bezproduktywne, nikt nie jest w stanie wspomóc w nich Olicia. – On ciągle biegał! – z lekkim niedowierzaniem, ale i wielką dumą mówił po wtorkowym popisie Chorwata, który w meczu w Lyonie z Olympique zdobył trzy bramki na wagę awansu, trener Bayernu Louis van Gaal. – Biegał, biegał i biegał… I strzelał, strzelał, strzelał – powtarzał Holender.
Rok temu, kiedy Olić – za darmo – przeszedł z HSV Hamburg do Bayernu, zakładał, że co najmniej przez rok będzie pracował nad tym, by w ogóle móc wybiegać na boisko obok gwiazd ataku monachijczyków. Ale ponieważ van Gaal za gwiazdami nie przepada, a ceni sobie pracowitych rzemieślników, Chorwat szybko stał się jego ulubieńcem.
Olić na treningi przychodzi zwykle pierwszy, wyjeżdża ostatni. Kiedy zespół dostaje dzień wolny, on i tak przyjeżdża na zajęcia jak gdyby nigdy nic i ćwiczy sam. Gdy niedawno zespół z Bawarii miał aż dwa dni przerwy od zajęć – by odzyskał świeżość – Olić i tak spędził je w klubowej siłowni.
Nie jest wirtuozem techniki. Raczej pracusiem ogrywającym rywali dzięki sile, szybkości, żelaznej kondycji. Kiedy we wtorek pierwszą bramkę strzelił prawą nogą, drugą – lewą, a trzecią – głową, na dodatek krwawiącą, sam nie ukrywał zdziwienia wszechstronnością. – To był dla mnie najwspanialszy mecz w życiu – wykrzyczał później. Olić przyćmił w Bawarii Ribery’ego. Francuza w finale Ligi Mistrzów na pewno zabraknie. Po tym, gdy w pierwszym meczu półfinałowym dostał czerwoną kartkę za faul na Lisandro Lopezie, mało prawdopodobne było, że zostanie zawieszony tylko na mecz rewanżowy w Lyonie. I rzeczywiście, w środę UEFA zadecydowała, że Francuz będzie pauzował w sumie w trzech spotkaniach, co przekreśla jego grę w finale w Madrycie.
Niedawno traktowano by to w Bawarii jak katastrofę. Teraz coraz więcej mówi się, iż Bayern bez rozkojarzonego Ribery’ego jest silniejszy niż z nim w składzie. W obecnej formie Francuz nie jest już dla monachijczyków zawodnikiem niezastąpionym. W ostatnich meczach był zdekoncentrowany – jakby myśli dzielił tylko między seksaferę z udziałem nieletniej blondprostytutki a rozterki, czy odejść z Monachium, a jeśli tak, to dokąd. Stracił aktywność, przebojowość. W tym sezonie Ribery miał tylko jeden mecz naprawdę wyjątkowy – ligowe spotkanie z HSV Hamburg, w którym w niezwykły sposób odbierał rywalom piłkę, a w kluczowej akcji oszukał trzech przeciwników i oddał strzał zapewniający Bayernowi zwycięstwo.
Dziś wspominane są wypowiedzi Ribery’ego sprzed kilku miesięcy, kiedy stwierdził, że chciałby odejść z Bayernu, by móc zdobywać tytuły i puchary. Teraz, kiedy monachijczycy są w stanie wywalczyć potrójną koronę – zwyciężyć w Lidze Mistrzów, Bundeslidze i Pucharze Niemiec, i to nawet bez Francuza – te słowa brzmią wyjątkowo ironicznie.
źródło: sport.pl
